Dialog, monolog, człowiek


Szacunek. Jeśli u podstaw dialogu lub monologu leży szacunek obydwie formy zawsze są dobre, nie są skażone żadną przemocą. Naturalnie można tę prawdę bez większych trudności wydedukować, jednak chodzi o zauważenie różnicy treści i jej siły. Dialog i monolog nie trudno zepsuć, chociaż wyjątkowo sprzeczne z naturą wydaje się, gdy monolog uzurpuje sobie miano dialogu. Gdzie następuje zupełnie sprzeczna z naturą zamiana pojęć. Przemoc pojawia się zawsze tam, gdzie bezwzroczność na drugiego człowieka – gdzie swoje „ja” stawiane jest ponad cudze „ja”, gdzie nadużywa się własnej wolności ograniczając wolność innych. Gdzie wzniosłe słowa o służbie drugiemu człowiekowi są godne i piękne, ale w praktyce są jak eksponaty za szybą gabloty. W gruncie rzeczy służba, w najbardziej surowym znaczeniu, nie jest czymś ciężkim, przestarzałym i nieopłacalnym, nie jest upokażającym poniżeniem przez uznanie swojej małości. Nie traci się godności, zyskuje się coś, czego normalnie nie da się chwycić za rękaw, przeczytać w książkach. Służba to szlachetność, to bezzwrotne świadczenie; przekonanie, że nie potrzebuję niczego w zamian, a chcę służyć. To często poświęcenie w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu, które nigdy nie może zrealizować się bez przyjęcia, że służyć to być sługą z wyboru wobec drugiej osoby. Różnica pomiędzy wzniosłością skupioną na formie a odwagą do faktycznego szukania sensu tej służby jest ogromna i pokazuje różne interpretacje postawy służby przez człowieka, jednak – pogłębiona o dostrzeganie w każdej osobie pierwiastka życia, który noszę w sobie także ja sam – jest wartością, jest racjonalną zdolnością postrzegania świata, jest prawdą, na którą zasługuje świat coraz częściej biorący udział w maratonie o materialność, która szybciej i płyciej niż nam się wydaje przeminie.

Ściśle związana z szacunkiem jest miłość własna, bo – powtarzając za Augustynem – kto kocha siebie a nie Boga, nie kocha siebie; kto natomiast kocha Boga a nie siebie, siebie kocha jest jak punkt wyjścia. Kochać Boga, to zawsze przedtem spotkać Boga, a spotkać Boga prowadzi przez drogę poznania siebie. Czy cytując Maksymiliana M. Kolbego przenosić wolę Boga nad wolę własną to kochać Boga do wzgardy siebie, i przeciwnie – przedkładać wolę własną nad wolę Boga to kochać siebie aż do wzgardy Boga. Te słowa są jak lawina treści na wypowiedź, która zajmie się wyłącznie nimi. Tutaj jednak tak nie będzie, ale można od nich odbić w kierunku pośrednim. Szacunek wynikający z miłości własnej, a więc też możliwy do określenia miejsca miłości drugiego człowieka, bliźniego, który przejawia się w relacji z nim. Kochać siebie, nie narcystycznie rzecz jasna, to kochać innych ludzi. Kochać siebie kojarzy się jednoznacznie z zapatrzeniem w siebie, ale gdyby nazwać owe kochanie siebie, to jest to nic innego jak szacunek, pełnia akceptacji, pogoda ducha, spokój. Przechodząc na drugą skrajność, wzgarda przez powierzchowność może brzmieć równie absurdalnie jak miłość siebie samego w kontekście właśnie zdrowej miłości własnej. Widziana jest jako rzeczywistość jednoznacznie destrukcyjna, może nawet jako autoagresja, a przecież nikt świadomy i racjonalny nie zadaje sobie takiego cierpienia. Pomimo radykalnego wydźwięku, próbując określić to bardziej dostępnym językiem chodzi o to, by znaleźć umiejętność dobrego zostawienia siebie, które nie jest jednoznaczne z nie-szacunkiem siebie bądź nie-kochaniem siebie. Chodzi pośrednio o wolność, o stateczność wydawania sądów, opinii; wolność względem siebie, a tym samym wolność niebycia niewolnikiem samego siebie [swoich myśli i lęków]. Istnieje olbrzymia różnica tak pomiędzy miłością własną a narcyzmem, jak i pomiędzy umiejętnością poświęcenia siebie a brakiem szacunku do samego siebie. To nie jest tylko świat pojęć, uczestniczymy w tym wszyscy myląc niejednokrotnie wszystko, a następnie linczując samych siebie.

Za często, chociaż z dużym przypuszczeniem pewności, zadajemy sobie cierpienie przez nieświadomą wzgardę siebie, którą łatwiej zaakceptować nazywając ją nie-szacunkiem lub nie-miłością własną. Stajemy się często ofiarami nas samych, bo poprzez niezdrową wzgardę siebie oskarżamy sami siebie wieloznacznymi i pojedynczymi słowami lub nawet zachowaniami innych osób. Tworzymy wrogów we własnych głowach, sugerujemy sami sobie oskarżenia ze strony innych i ich domniemane złe intencje. Nie potrafimy powiedzieć „nie wiem” i odłożyć danej sprawy na bok, kiedy pojawia się okoliczność, w której obiektywnie byłoby to wymagane. Z lęku o opinię i godność osobistą rozpoczynamy walkę z wykreowanym potworem. Jeśli podejmiemy w tym kierunku działanie i jawną walkę, to granica autodestrukcji zostaje przekroczona i wówczas to przepełnione lękiem myślenie zaczyna niszczyć już nie tylko tego, kto nie potrafił wcześniej zatrzymać w racjonalnych ramach własnego odbierania świata, ale też innych ludzi, z którymi to akurat przecięły się jego drogi. Powstaje relacja przemocy, ktoś musi powiedzieć stop, nawet jeżeli ceną będzie zinterpretowanie tego, jako kolejnego materialnego dowodu na istnienie „potwora”. Wszystko kładzie się jak domino. Karuzela nonsensu. Dlaczego? Bo zakładanie dobrych intencji jest zbyt ryzykowne (wierni KK – sic!). Dlaczego? Bo zwykle jesteśmy przerażeni światem, który wydaje się nie wyznawać żadnych obiektywnych wartości. A co z tego może wynikać? Że nasz system wartości jest bardziej kalkulacyjny niż skupiony na wartościach; że twardo twierdzimy o wartościach, że są kwestią elementarną, choć w praktyce jesteśmy zachowawczy i wolimy skrupulatnie obliczać okazywane zaufanie, by się nie przeliczyć. I byłoby to całkiem racjonalne i dobre, gdybyśmy tylko nie byli wierzący, bo nasza wiara zakłada zgoła inny stosunek do świata, drugiego człowieka i samego siebie. W przeniesieniu tej notorycznej nieufności na nasze chrześcijaństwo, w zależności od miejsca, czasu i sytuacji nierzadko stanowimy inną wersję siebie, co stopniowo prowadzi do rozpoczęcia monologu polegającego na nieustannym osądzaniu innych, a później siebie. 

W sprzeciwie nie chodzi więc teraz o radykalne skakanie „na główkę”, aby sprzeciwić się wszystkim społecznym konwenansom, rozdzierać szaty ze względu na niesprawiedliwość. Trzeba zrozumieć sens tej osobliwej sprawiedliwości, stać się sprawiedliwym, chcieć i zmienić coś w sobie. Zmienić nie zaczynając od końca czyli na zasadzie „bo tak”, tj. bo trzeba, bo tak będzie lepiej, bo wszyscy to robią, bo ktoś tego ode mnie wymaga. Zobaczyć sens zmiany i pracy nad sobą, bo tylko poczucie sensu może pociągnąć do czegoś głębszego i prawdziwego. Sklejone powinności bez odniesienia do czegoś większego, jakiejkolwiek spójnej rzeczywistości są niewiele warte, łatwo się zniechęcić, zapomnieć, odrzucić. I przede wszystkim dać sobie wolność; „trzeba” to czysta subiektywność, jeśli nie widzisz potrzeby – to nic na siłę, z formy bez treści zwykle nie wynikają dobre rzeczy, byle nie zabijaj w sobie ciekawości i chęci szukania prawdy.

Nieoskarżanie i niezakładanie na podstawie niepewnych faktów to nic innego jak szacunek dla siebie i innych; nie wiesz co myśli drugi człowiek, jakim systemem wartości się kieruje, bo najczęściej to dopiero działanie weryfikuje prawdziwe jego oblicze. Nie wiesz także czy zrezygnowany i poirytowany wyraz twarzy jest faktycznie dezaprobatą wyrażoną w twoim kierunku czy jest skutkiem utraty pracy, choroby jej bliskiej osoby albo innego trudnego doświadczenia, o którym nie masz pojęcia. Zrozum swoje lęki wynikające z notorycznej próby oceniania wszystkiego wokół i odważ się nie oceniać, bo nie jesteś w stanie przenieść się do umysłu innej osoby i poznać motywy jej decyzji, słów i zachowań. N i e  o c e n i a s z, więc korzystasz ze własnej wolności i rozumności. Mając świadomość wielości powodów, które mogły w napotkanej przez ciebie sytuacji wystąpić, a których nie znasz, zachowując dystans i uznanie własnej niewiedzy, szanujesz siebie i innych. Sedno monologu, który miernie zastępuje dialog polega na tym, ze uczestniczymy w tym sami, traktujemy o innych, podczas gdy powinna odbywać się rozmowa; nie dopuszczamy zdania innych, nie staramy się zrozumieć. Poprzez swój nie-szacunek stąd wynikający pozbawiamy drugiego człowieka dialogu, angażując go jednocześnie w swoją zamkniętą wymianę zdań ze sobą samym. Zatem zanim osądzę, jeśli poczułem się urażony zwracam, absolutnie w pełni szacunku, uwagę, że coś było niewłaściwe – mam wówczas szansę na potwierdzenie swoich przypuszczeń o złych intencjach. Monolog nie może być przemocowym dialogiem.

Dialog to spotkanie człowieka z człowiekiem, to porzucenie lęków i uprzedzeń. To sytuacja, którą ks. Tischner opisywał (…) ludzie wyszli z kryjówek, zbliżyli się do siebie i rozpoczęli wymianę zdań. (…) Trzeba się wychylić, przekroczyć próg, wyciągnąć rękę, znaleźć wspólne miejsce do rozmowy. Miejsce to już nie będzie kryjówką, w której człowiek pozostaje sam ze swoim lękiem, lecz miejscem spotkania, zaczątkiem jakiejś wspólnoty. Spotkanie to ciekawość myślenia, przekonań, życia drugiego człowieka. To ciekawość, nie ciekawskość. Dostrzeganie człowieka ze względu na jego przyrodzoną godność. To szacunek, umiłowanie, forma solidarności, braterstwa, fragment funkcjonowania wspólnoty. Jeśli chcesz dialogu, musisz zrobić miejsce dla drugiej osoby. Aby prowadzić dialog, to – w przeciwieństwie do monologu – uwaga musi zostać skierowana w stronę rozmówcy, nie może zostać ograniczona do własnego wnętrza. Prowadzimy dialog jak podmioty równorzędne, szanujemy się nie wchodząc w przestrzeń cudzej wolności.